Relacja z wyjazdu do Besarabii + zwiedzanie Lwowa 

Dokładnie w połowie czerwca 2021 roku wybraliśmy się na wyprawę na Ukrainę. Czemu wyprawę? Ze względu na to, że miejscami było ciężko i niebezpiecznie, a więc na status wycieczki nasze 2 tyg. zdecydowanie nie zasługuje.

 

Był to dla nas ważny wyjazd z kilku względów – po pierwsze była to pierwsza wspólna podróż za granicę od ślubu (nie myślcie sobie, że to miesiąc poślubny – na ten mamy inne plany), pierwszy raz wyjechaliśmy własnym samochodem poza nasz kraj oraz połączyliśmy zwiedzanie z archeologią, biorąc udział w badaniach archeologicznych i zbierając materiał do doktoratu Oskara.

Pierwszy tydzień

Wyjeżdżając samochodem na Ukrainę trzeba mieć zieloną kartę, którą można zamówić u swojego ubezpieczyciela lub wykupić na granicy. Mimo, że zamówiliśmy Zieloną Kartę na prawie 2 tygodnie przed wyjazdem, nie zdążyła ona do nas dojść. Wyjechaliśmy więc z domu z myślą, że kupimy ją na granicy. Bez problemu przeszliśmy kontrolę po stronie polskiej i podjechaliśmy do Ukraińskiej Służby granicznej, która poprosiła nas o okazanie wszystkich dokumentów. W tym momencie pojawiły się drobne problemy, bo jak się okazuje, Zieloną Kartę można kupić na granicy, ale tylko po stronie polskiej! Na szczęście Oskar jest mocno przekonujący i udało się przekroczyć granicę bez tego dokumentu. 150 m dalej, już na terytorium Ukrainy, wykupiliśmy ubezpieczenie. Wszelkie formalności zajęły nam ok. 3 godz.

 

Pierwszy tydzień naszego wyjazdu mieliśmy spędzić w miejscowości Zatoka obok Odessy. Trasa Warszawa – Zatoka to prawie 1300 km, dlatego postanowiliśmy na jeden nocleg zatrzymać się w Winnicy. Zakwaterowaliśmy się w bardzo sympatycznym hostelu 4rooms, położonym około 25 min wolnego spaceru od jednej z największych atrakcji miasta, czyli największej pływającej fontanny w Europie. Jest to inwestycja w pełni sfinansowana przez fabrykę czekolady Roshen, jako prezent dla miasta. W okresie letnim odbywają się tu codziennie multimedialne pokazy – na tafli wody, wyświetlane są projekcie wideo. Gra światła, wody, muzyki i obrazu jest niesamowita, a wszystko w bezpośrednim sąsiedztwie fabryki Roshen, gdzie zapach czekolady unosi się w powietrzu – czy może być lepiej? Tak, może być o ile będziecie pamiętać, aby zabrać coś na komary, których tutaj jest bardzo dużo.

Następnego dnia ruszyliśmy dalej w drogę. Podróżując samochodem na trasie Winnica – Odessa, warto zrobić sobie przystanek przy wałach scytyjskich, które są dobrze widoczne już z drogi, po lewej stronie, kilkadziesiąt kilometrów za Winnicą. Można się na nie wspiąć i przespacerować grzbietem wału. Kilka kilometrów dalej jest przydrożna knajpa, która kusi rozstawionym grillem na zewnątrz – idealne miejsce na drugie śniadania lub wczesny lunch.

Po ok. 6 godzinach w trasie, dotarliśmy do Zatoki. Zatoka to małe miasto, które można przyrównać do polskiego Mielna lub innych kurortów turystycznych nad morzem. Nocowaliśmy w bazie Akva, która składa się z małych, drewnianych domków na plaży. Można tu zanocować w domku z frontalnym widokiem na morze. Baza ta jest stosunkowo daleko (około 6 km) od gwarnego centrum Zatoki. Jednak nie brakuje tu restauracji, miejsc rozrywki, a w prawie każdej knajpie po zmroku występuje DJ lub zespół grający muzykę na żywo zachęcając turystów do tańca. Mimo covidowych czasów, knajpy pękały w szwach a na parkiecie ciężko było znaleźć wolne miejsce.

W kolejnych dniach kilkukrotnie bywaliśmy w Odessie. To wielokulturowe miasto ma bardzo dużo do zaoferowania, począwszy od wspaniałych muzeów m.in. Muzeum Archeologicznego, przez zdumiewającą architekturę, unikalne knajpy, a kończąc na polskich akcentach miasta tj. ulica polska, czy liceum, gdzie uczył się Adam Mickiewicz. Nie można zapomnieć o wielowiekowej historii, którą wspominają pomniki, place i miejsca tj. Schody Potiomkinowskie – ów schody są niezwykle istotne dla Odessy, a przyrównać je można do Schodów Hiszpańskich w Rzymie. Wykonane zostały z granitu podolskiego, symbolizują wejście do miasta, a ich forma zachwyca złudzeniem optycznym (patrząc na nie od góry sprawiają wrażenie jakby miały tą samą szerokość, w rzeczywistości im niżej, tym schody są szersze).

Zielona Kamienica w Odessie.
Schody Potiomkinowskie.
Muzeum Archeologiczne w Odessie.

Będąc w Zatoce, aż grzechem jest pominięcie kilku ważnych miejsc nad Limanem Dniestru. Jadąc na północ, po kilku kilometrach wjedziemy na tereny uprawne winnego grona. Te niezwykle żyzne gleby są sekretem doskonałych win, szampanów i koniaków Shabo – lokalnego i jednego z czołowych producentów alkoholi na Ukrainie. W miejscu destylarni można wybrać się ścieżką edukacyjno-poznawczą po jej pomieszczeniach – należy jednak zapisać się tam wcześniej, chętnych na zwiedzanie jest naprawdę dużo. Obok Shabo znajduje się fabryka serów, gdzie można posmakować i zakupić ten lokalny specjał, który jest doskonałym dopełnieniem zakupów w Shabo.

Drugi tydzień

Około 10 km na północ od Zatoki dojedziemy do największego miasta na terenie Besarabii – Białogrodu nad Dniestrem. Największą atrakcją jaką tam znajdziemy, jest Twierdza Akerman. Została założona w XIII-XIV w. przez kolonizatorów z Królestwa Genui (południowo-zachodnie Włochy). Forteca została jednak zbudowana na miejscu dawnej kolonii greckiej Tyras, która również służyła jako miejsce stacjonowania wojska rzymskiego aż do II poł. III w.

W Białogrodzie nad Dniestrem możemy zwiedzić opuszczone Koszary Aleksandrowskie pochodzące z około 1850 roku. W tym miejscu miłośnicy urbexu poczują się jak ryba w wodzie.

Na uwagę zasługuje również podziemny kościół Ioannesa Suchavskyego, przy którym znajdziemy wejście do mauzoleum. Niestety z historycznych elementów kościoła zachowało się niewiele, a remont przyćmił ślady przeszłości. Mimo to miejsce jest godne polecenie i odwiedzenia. Zwiedzanie jest darmowe, ale można finansowo wesprzeć te miejsce, zostawiając ofiarę.

Na początku drugiego tygodnia zmieniliśmy miejsce noclegowe. Z Zatoki przeprowadziliśmy się do miejscowości Prymors’ke. Ta niezwykle mała miejscowość ma swój klimat, szczególnie w części znajdującej się nad Morzem Czarnym. Nieduży deptak rekompensują przemiłe knajpy serwujące lokalne dania i prawie w każdym miejscu miłośnicy sziszy znajdą coś dla siebie.

 

Ciekawym miejscem blisko Prymors’ka jest Wał Trajana. Podobnie jak w przypadku Wału Antonina i Muru Hadriana na terenie Wielkiej Brytanii, tak tu za panowania cesarza Trajana (98-117 r.) wzniesiono wał mający charakter obronny i separacyjny pomiędzy tym co barbarzyńskie, a tym co teoretycznie (zdania archeologów są podzielone) rzymskie. Na ternie wspomnianego wału rośnie pas drzew, który idealnie kontrastuje ze złotymi polami zbóż, które rosną na żyznej glebie Besarabii.

Od Prymors’ka już blisko do ujścia Dunaju do Morza Czarnego. W tym miejscu odwiedziliśmy jeszcze dwa punkty – Kartal (Orlivka) i Wilkowo. Pierwszy z nich to ważne miejsce historycznie i archeologicznie. Znajdował się tam niegdyś fort rzymski stanowiący jeden z punktów ochrony granicy (limesu) w II i III wieku. W rzeczywistości dużym zaskoczeniem dla nas był fakt, że w terenie praktycznie nie widać żadnych pozostałości z tego okresu. Jedyne co można tam zobaczyć, to ogromne wały, które wyznaczają obręb dawnego fortu z zachowanymi otworami służącymi niegdyś do wejścia. Obecnie miejsce to zamieszkują gigantyczne stada jaskółek, co nie dziwi, gdyż pobliskie mokradła i Dunaj dostarcza niezliczoną ilość owadów stanowiących smaczny kąsek dla ptaków.

Z Prymors’ka do Orlivki jechaliśmy ponad 140 km, do Wilkowa droga zajęła około 20 min. Miasto to nazywane jest ukraińską Wenecją, wszystko przez sieć kanałów, na których miasto jest zbudowane – dosłownie jak Wenecja, ale czas i brak opieki poskutkował zarośnięciem i zamuleniem cieków wodnych. W Wilkowie można wypożyczyć łódkę i wybrać się na spływ Dunajem aż do Morza Czarnego. Nie można być bliżej Rumunii niż w tamtym miejscu. Smaku temu miastu dodaje sekret – wilkowska sałatka, jedyna taka na świecie i dostępna wyłącznie tam. Mieszkańcy utrzymują w sekrecie sposób marynowania ryby, do której serwowane są (oddzielnie) ziemniaki i pomidor. Mimo prostych składników „sałatka” jest przepyszna.

2
1

Końcowym etapem naszej ukraińskiej przygody był Lwów. Na trasę z Odessy do Lwowa zarezerwowaliśmy sobie cały dzień i faktycznie wyjeżdżając tuż po wschodzie słońca, dotarliśmy w miejsce docelowe tuż przed jego zachodem. Mimo, że kilkukrotnie odwiedzaliśmy to miasto, to za każdym razem nas zachwyca. Oprócz standardowej wizyty w knajpach przy rynku (Stargorod, Prawda, Kryjówka, Lwowska Kopalnia Kawy) to postanowiliśmy odwiedzić nowe miejsca jak Apteka (kawiarnia w miejscu dawnej Apteki) czy Wirmenka (ormiańska knajpa z tradycyjną kawą i rewelacyjnymi nalewkami).

Magiczny Lwów o wschodzie słońca.
Jednorożec na dachu jednej z kamienic Rynku.
Opera Lwowska.

Zawsze przyjeżdżając po raz kolejny do danego miejsca staramy się odwiedzić nowe punkty. Tym razem też tak było – wybraliśmy się do dobrze ocenianej Lwiwskiej Piwowarni – czyli muzeum browaru lwowskiego. Poznamy tam historię browarnictwa, zobaczymy relikty przeszłości jeszcze niegdyś polskiego piwa, a na końcu będziemy mieli szansę na degustację 4 sztandarowych piw.

Symbol Lwowa - lew.
Muzeum Piwa Lwowskiego jest bardzo nowoczesne.

Kolejne nowo odwiedzone przez nas miejsce to „włoskie podwórko”, mieszczące się pod adresem Rynek 6, które należy do kamienicy królewskiej. Jej właścicielem był Jan III Sobieski. Wewnątrz znajduje się restauracja, a wieczorami posiłek umilą grający muzykę na żywo muzycy. Wrażenie robi kolumnada na balkonach, która otacza z trzech stron dziedziniec. Zwiedzanie kosztuje 10 UAH.

Podwórko włoskie.

Za każdym razem będąc we Lwowie odwiedzamy trzy miejsca, o których nigdy nie zapominamy będąc w tym mieście. Pierwszym z nich jest Pijana Wiśnia na Rynku. Jej nalewki są już niemalże kultowe i równie dobrze odbierane w Polsce, gdyż Warszawa i Kraków doczekały się własnych franczyzowych knajp. Lwowkie Crossanty to zdecydowanie numer dwa, śniadanie tam to niemalże tradycja. Przynajmniej raz na wyjazd w porze obiadowej chodzimy do Rebrowni – miejsce to serwuje najlepsze żeberka jakie jedliśmy w życiu. Restauracja znajduje się w starym Arsenale, a wewnątrz praktycznie nie używa się sztućców, tylko je się palcami. Po zaserwowaniu posiłku przychodzi kelner, który dużym toporem rżnie żeberka tak, abyś mógł bezproblemowo je oderwać od reszty zgrillowanej tuszy palcami, do kompletu zestaw sosów.

Łamiemy schematy – ukraińskie drogi

Ukraińskie drogi od razu nas zaskoczyły. Pierwsze 400 km pokonaliśmy po ładnej, jednopasmowej trasie. Z drugiej strony czego można było się spodziewać po jednej z najważniejszych dróg w państwie, trasa łączy przejście graniczne w Dorohusku z Kijowem. Druga ważna droga, którą jechaliśmy to autostrada Kijów – Odessa. Jakość dróg również nas nie zaskoczyła – były bardzo dobre. Strach padał na nas w momentach, kiedy zjeżdżaliśmy z główniej trasy. Było to spowodowane historiami o niezwykle ciężkich i dziurawych drogach. Po kilkudziesięciu kilometrach okazało się, że nie jest aż tak źle, jak nam się wydawało – gdzieniegdzie były dziury, ale zdecydowana większość z nich była już załatana.

 

Zdecydowanie gorzej jest w momencie gdy wjedziemy w obszary wiejskie. Tam legendarne dziurawe drogi są standardem. Zniszczony asfalt miejscami budzi grozę w oczach kierowcy i wymaga od niego nie tylko skupienia, ale również zaufania do własnych umiejętności jak i do samochodu.

Ciekawostki – ukraińska policja

Ostatnią kwestią którą chcieliśmy poruszyć to – strzeżcie się przed Ukraińską policją, a szczególnie przed ich kontrolami w okolicy Zatoki. Już sam widok patroli wzbudzał nasz niepokój i strach, ponieważ często policjanci stoją w watah, po 5-6 osób. Sytuacja w Zatoce wygląda następująco – są dwa wąskie gardła: na północ w kierunku Białogrodu nad Dniestrem i na wschód na drodze prowadzącej do Odessy.

Byliśmy kontrolowani dwukrotnie, po razie na każdym wyjeździe z „wąskiego gardła”. Dwukrotnie byłem proszony do testu alkomatem i dwukrotnie pokazywało wartość, która uniemożliwia mi prowadzenie samochodu względem ukraińskiego prawa (na Ukrainie dopuszcza się jazdę do 0,2 promila). Raz wskazało mi 0,32 promila chodź dzień wcześniej wypiłem kieliszek wina, a dzień później 0,28 promila choć leciałem na piwach bezalkoholowych.

 

Zawsze wozimy ze sobą alkomat, którym testujemy Oskara przed każdą podróżą. Była to podstawowa linia obrony w negocjacjach z policją, gdy ta chciała zabrać jemu prawo jazdy. Kontr wyjaśnień i ataków słownych ze strony policji było sporo. Tłumaczyliśmy, że jedziemy prosto, spokojnie, nie przekraczamy prędkości i zatrzymaliśmy się do kontroli. Obydwie strony widziały, że wynik na alkomacie jest fałszywy, ale każdy musiał odegrać swoją rolę. Naszym dowodem za każdym razem był wynik z naszego alkomatu (nie należał do najtańszych i posiada certyfikat kalibracji, a ponadto wyniki były porównywane z alkomatem polskiej policji).

 

Przy drugiej kontroli zaproponowaliśmy, że pojedziemy na ekspertyzę lekarską do Białogrodu, ale naszym samochodem – Paulina ma nieważne prawo jazdy (od ślubu nie wyrobiła ze zmienionym nazwiskiem), a radiowóz miał jechać przed nami. Jak można łatwo się domyśleć, nie zgodzili się i negocjacje zawrzały od początku.

 

Co nas zdziwiło nie chcieli łapówki, chociaż Oskar twardo dawał im do zrozumienia, że może coś by im spłynęło do kieszeni. Jedna z rozmów wyglądała następująco:

 

OK: Panowie, proszę czy możecie oddać prawo jazdy i puścić nas wolno, wrócimy do hotelu i nie będziemy wychodzić.

P: Słabo prosisz!

OK: A jak mam prosić?

Potem wyciągnęli rękę do mnie z dokumentami i puścili nas wolno.

 

Mocno stresujące sytuacje zawsze miały szczęśliwe zakończenie, polegające na wręczeniu dowodu rejestracyjnego i prawa jazdy w ręce Oskara i puszczeniem nas wolno.

Brno – 8 miejsc, które trzeba zobaczyć 

Brno to dobre miasto na szybki city break. Można spędzić tu aktywnie kilka dni, bo atrakcji jest cała masa. Zmumifikowane ciała kapucynów, jedyny na świecie goły tyłek na fasadzie kościoła i drugie największe ossuarium w Europie – tym zaskoczy Was miasto.

Czytaj więcej »

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.